Pierwsza, łatwa odpowiedź brzmi: to kwestia gustu. A gust to głównie przyzwyczajenie – do tego, co widzimy dookoła siebie, co pokazują nam media społecznościowe, co podoba się innym, których szanujemy. Stąd bierze się moda, a ogrody nie są na nią odporne.
Idealnie przystrzyżony trawnik, wysprzątane spod drzew liście, żadnej gałązki – to nie jest „naturalny porządek świata”. To konkretna, historycznie młoda moda, która akurat nam się przytrafiła. Na szczęście ta moda się zmienia – naturalne ogrody, razem z całą swoją stylistyką, weszły już na dobre do naszej wyobraźni. Coraz częściej wiemy, że łąka kwietna nie jest zaniedbanym trawnikiem, a sterta liści pod krzewem to nie bałagan.
Ale to wciąż tylko odpowiedź o guście, nie o samej rzeczy. Bo pod spodem kryje się coś dużo bardziej podstawowego niż moda – coś, co warto zrozumieć, zanim zdecydujemy, co w ogrodzie jest „ładne”, a co nie.
Dlaczego martwe drewno jest tak ważne?
Śmierć i rozkład to nie przeciwieństwo życia. To jego podstawa, jego początek. Zdrowy ogród nie powstaje pomimo rozkładu – powstaje właśnie na nim. Tak naprawdę już to wiecie i już to robicie: kompost w kącie działki to nic innego, jak rozkładająca się materia, którą świadomie zostawiacie, żeby zamieniła się w coś żywego. Tak samo resztki roślin i opadłe liście pozostawione na rabatach – to nie bałagan, tylko życie w toku. Rozkładając się, polepszają glebę, zatrzymują wilgoć i tworzą lepsze warunki dla mikroorganizmów, które z kolei żywią wszystko, co rośnie nad nimi.
Różnica między taką rabatą a butwiejącym pniem jest właściwie kosmetyczna – to ten sam proces, tylko inaczej wygląda. Warto to zaakceptować i zacząć obserwować: rozkładający się ogród to nie ogród umierający. To ogród pełen życia – może nawet pełniejszy niż ten wysprzątany do ostatniego liścia.
Martwe drewno bywa nazywane martwym tylko z przyzwyczajenia. W rzeczywistości to jedno z najbardziej zatłoczonych miejsc w ogrodzie i lesie. Jedno butwiejące drzewo może w trakcie swojego rozkładu dać schronienie nawet kilkuset gatunkom organizmów – od grzybów, przez owady, po ptaki i drobne ssaki.
Naukowcy nazywają tę grupę organizmów saproksylicznymi – od greckich słów „sapros” (zgnilizna) i „ksylos” (drewno). To wszystkie żywe istoty, których życie jest ściśle związane z martwym i rozkładającym się drewnem. I choć brzmi to jak wąska specjalizacja, to właśnie ta grupa należy dziś do najbardziej zagrożonych w Europie. Im bardziej sterylne są nasze ogrody – tym mniej mają miejsc do życia.
Martwe drzewo nie kończy życia – zaczyna kolejny jego rozdział. W lasach duże, powalone pnie dają schronienie i osłonę siewkom innych roślin, które wyrastają wprost na butwiejącym drewnie, chronione przed zwierzętami roślinożernymi i wysychaniem. Przyrodnicy nazywają czasem cały ten proces „drugim życiem drzewa”, a te powalone pnie – kłodami piastunkami; ta nazwa pięknie oddaje istotę sprawy.
Kto tak naprawdę mieszka w spróchniałym pniu?
Lista lokatorów butwiejącego drewna jest zaskakująco długa.
- Owady to najliczniejsza grupa – szczególnie chrząszcze, wśród których są prawdziwe rzadkości, jak zgniotek cynobrowy czy ponurek Schneidera. Niektóre gatunki żyją wyłącznie na starych, obumierających drzewach – nie znajdą się nigdzie indziej.
- Grzyby to właściwi „inżynierowie” rozkładu - wnikają w drewno i wydzielają enzymy rozkładające ligninę i celulozę, czyli budulec ścian komórkowych drewna, na prostsze związki.
- Ptaki dziuplaste – dzięcioły, sikory, puszczyki – potrzebują martwych i obumierających drzew jako miejsca gniazdowania. Bez nich po prostu nie mają gdzie zakładać gniazd.
- Płazy to grupa, o której mówi się zdecydowanie za mało - a to jedna z najbardziej zagrożonych grup zwierząt w Polsce. Spróchniałe drewno zatrzymuje wilgoć jak gąbka, a z tej wilgoci korzystają żaby, ropuchy i traszki, chowając się przed suszą, upałem, a zimą – zimując w środku zmurszałych pni.
- Gady korzystają z leżących pni jako miejsc do wygrzewania się, a drobne ssaki – jak nornice, ryjówki czy popielice - kopią pod nimi nory albo zimują wewnątrz.
Mniej pracy, więcej spokoju
Jest jeszcze jeden powód, żeby polubić butwiejący ogród – taki bardzo osobisty, egoistyczny wręcz. Pozostawione w ogrodzie martwe drewno pracuje samo. Nie trzeba go grabić, wywozić, ciąć na kawałki, ładować do przyczepki i jechać z nim na składowisko. Ono po prostu tam jest i powoli robi swoje – żywi glebę, utrzymuje wilgoć, daje dom kolejnym organizmom. To oznacza dla nas, ogrodników, coś co bardzo lubimy: mniej pracy i mniej godzin spędzonych na „sprzątaniu” tego, co natura i tak chciała zrobić po swojemu. A ten odzyskany czas można spędzić inaczej – po prostu siedząc w ogrodzie i obserwując, co się w nim dzieje.
Bo butwiejący kawałek drewna to w gruncie rzeczy zaproszenie do obserwacji. Który grzyb pojawi się na nim w tym roku? Czy w szczelinie kory zamieszka jakiś chrząszcz, którego nigdy wcześniej nie widzieliście? Czy pod spodem zagnieździ się ropucha? Nie trzeba nic wiedzieć z góry – wystarczy patrzeć, próbować, czasem się pomylić i zobaczyć, co z tego wyniknie. To najlepszy rodzaj ogrodniczej odwagi: nie ta, która polega na kontrolowaniu każdego centymetra ziemi, tylko ta, która pozwala czasem odpuścić i zobaczyć, co zrobi natura, kiedy jej na to pozwolimy.
I tu dochodzimy do sedna:

Jak pogodzić estetykę z naturą?
To pytanie, które słyszę najczęściej. I dobra wiadomość: da się to zrobić z klasą, a najlepsi projektanci ogrodów robią to od dawna, całkiem świadomie.
We współczesnym ogrodnictwie naturalistycznym log piles czyli starannie ułożone stosy kłód i gałęzi, stały się właściwie osobnym elementem kompozycji, tak jak rabata czy żywopłot. Profesor Nigel Dunnett, jeden z najbardziej wpływowych brytyjskich projektantów, zasłynął z falistych, rzeźbiarskich stosów drewna, które porządkują przestrzeń jego własnego ogrodu i jednocześnie są zimowym domem dla mnóstwa gatunków. Podobnie robi Stefano Marinaz, którego stosy kłód wtopione w naturalistyczne rabaty stają się siedliskiem dla owadów, a jednocześnie ładnym elementem ogrodu.
Nie trzeba jednak jechać za granicę, żeby zobaczyć, że to działa. W Warszawie nagradzany Park Akcji „Burza” na Mokotowie celowo zostawia na miejscu zrębki, gałęzie, konary i pnie – bo jak podaje Zarząd Zieleni m.st. Warszawy, sama obecność martwego drewna potrafi zwiększyć bioróżnorodność ekosystemu nawet o 50-60%. W nowo otwartym Parku Żerańskim na Białołęce zachowano fragment terenu z naturalnymi rumowiskami, które służą za schronienie płazom i drobnym ssakom, a na Polu Mokotowskim wokół strefy biocenotycznej ułożono stosy martwego drewna jako świadomy element projektu. To dowód, że butwiejące drewno można pokazać, a nie ukrywać – nawet w mieście, nawet w miejscu odwiedzanym przez tysiące ludzi dziennie.
Żeby zastosować tę zasadę we własnym ogrodzie, wystarczy:
- zostawić fragment pnia w bardziej naturalnej, rzadziej odwiedzanej części ogrodu;
- ułożyć stertę gałęzi czy kłód jako „stanowisko dla owadów” – można je regularnie uzupełniać po przycinaniu krzewów;
- potraktować stary pień jako element kompozycji, a nie coś do ukrycia – obsadzić go paprociami czy bluszczem;
- jeśli macie oczko wodne, ułożyć w jego pobliżu kawałki martwego drewna i kamienie jako kryjówki dla płazów.
Zamiast zakończenia – zapraszam na ciąg dalszy...
O tym wszystkim – i o wielu innych mieszkańcach butwiejącego ogrodu – opowiem szerzej podczas prelekcji „Butwiejący ogród. Życie ukryte w rozkładzie” na targach Zieleń to Życie, w ramach Spotkania Twórców Ogrodów, 5 września (sobota). Podzielę się konkretnymi pomysłami na to, jak zaprosić do swojego ogrodu grzyby, owady, ptaki i płazy – bez rezygnowania z ładnego wyglądu ogrodu. Do zobaczenia!
Zieleń to Życie 2026 | 3–5 września | EXPO XXI, Warszawa
Największe w Polsce targi ogrodnicze: tysiące roślin, kiermasz, ogród pokazowy, spotkania z ekspertami i bogaty program wydarzeń.
Program: www.zielentozycie.pl/spotkanie-tworcow-ogrodow
Bilety: https://rejestracja.zielentozycie.pl
Więcej informacji: www.zielentozycie.pl